O autorze
Prezes Zarządu Law&Partners Foundation, szef zespołu ekspertów specjalizujących się w rekomendowaniu podmiotów z rynku dedykowanych usług prawnych. Według Magazynu Brief jeden z 50 najbardziej kreatywnych managerów w Polsce, według Miesięcznika Gentleman jeden z pięciu najlepiej ubranych. Honorowy Członek Rady Programowej International Association of Business Communicators/ Oddział w Polsce, ambasador PEP® (Personal Efficiency Program®). Organizator spotkań i konferencji z cyklu Law&Business Meeting. Autor licznych publikacji, opracowań eksperckich, stały felietonista magazynów Sukces i Art&Business. Zwolennik brytyjskiego stylu ubierania, tamtejszej motoryzacji i buldogów. Jedyny człowiek w Polsce, który zarabia na prawnikach (wg Brief). Biznes potrzebuje prawników - on wie których.

Lubię Warszawę

Zasoby własne
By poczuć się dzisiaj częścią Warszawy musisz zrozumieć jej wczoraj.

Nienawidziłem tego miasta. Na stałe przyjechałem do niego kilkanaście lat temu. Otulony Sopotem. Przyzwyczajony do trójmiejskiego powietrza. Tamtejszego biznesu i korków. Wydawały mi się wtedy paraliżujące najbardziej na świecie. Wcześniej przyjeżdżałem tutaj raz, dwa w miesiącu. Chcąc robić biznes na poziomie innym niż lokalny prędzej niż później musiałem tu zawitać.



Spotkania umawiałem na zakładkę. Sześć, najlepiej siedem jednego dnia. By przyjazd był optymalny. Łomianki jako pierwsze uczyły mnie pokory. Nieważne o której wyjechałem - one zawsze spóźniały mnie na pierwsze spotkanie. Dzwoniłem więc z samochodu prosząc o przesunięcie. Z reguły było to możliwe. Nie na siedemnastą jak prosiłem, ale na za dwa tygodnie. Albo trzy. Zdążałem na drugie spotkanie. Trzecie musiałem też przesuwać. Korki w Centrum gruntowały pokorę i wiedzę, że 15 minut to za mało, by przejechać dwie ulice. Zrozumiałem, że jestem tu obcy. Nauczyłem się lepiej dysponować czasem. I ostrożnie operować językiem: nigdy więcej trójmiejskich zatorów drogowych nie nazwałem już korkami.

Nienawidziłem tutejszego biznesu. Oni zawsze byli inni. Siedzieli swobodnie w swoich szklanych gabinetach i wrzucając niedbale orzeszki do ust ucinali rozbiegowe rozmowy prosząc o konkret spotkania. Mówili innym językiem. Mieli inne buty. Mieli inne krawaty. Byli z innego świata. Wracałem z niego czując się uboższym krewnym. Do rana czytałem by zrozumieć i być "next time" na bieżąco. Kupowałem szybko takie buty. I krawat. Gdy spotykałem się z nimi miesiąc później mieli już inne. Modniejsze.

Przeprowadziłem się we wrześniu. Miasto uczyło mnie siebie długo. Po dwóch latach jeżdżenia Nowym Światem dowiedziałem się, że nie mogę nim jeździć. Powiedział mi znajomy. Jakimś zrządzeniem nie zatrzymała mnie nigdy straż miejska, ni policja. Choć miała (ma) przy Nowym Świecie stałe posterunki, by łapać tych, którzy skracają sobie drogę. Nie wszystko nadal rozumiem. Nie wiem po co tunel wzdłuż rzeki? Dlaczego metro kładzie się metodą odkrywkową? Co można remontować przez dwa lata na zjeździe z mostu? W jakim celu udajemy, że nie leżymy nad rzeką?

Nie wiem kiedy po raz pierwszy poczułem się stąd. Wiem co mi w tym pomogło. Pierwszosierpniowe (pierwsze przypadkowe) stanie na rondzie Marszałkowska/Jerozolimskie i słuchanie syren w Godzinę W. Nikt z moich nie walczył w Powstaniu. Od tamtego razu zawsze pierwszego sierpnia jestem w Warszawie. Zawsze mnie to porusza. Zastygam na minutę. Łza tężeje pod powieką. Oni - gdzieś tu, gdzie stoję - ginęli, by ich dzieci, wnuki i tacy jak ja oraz nasze dzieci mogli tu stać.
Pierwszy sukces. Warszawski. I gość w gabinecie - taki w innym krawacie. Po miesiącu wrócił w takim, jaki miałem ostatnio.
Sen o Warszawie śpiewany na Legii. Nie byłem kibicem. Poszedłem na mecz - zaprosił mnie biznesowy partner. Do loży, w której wartość zegarków przekraczała milion. Nagle Niemen. Śpiewany przez tysiące gardeł. Za pierwszym razem nie śpiewałem. Za kolejnym zacząłem nucić nieśmiało - wszak jestem krewetkowym kibicem. Nie znałem słów. Po chwili popłynęły same. Z serca. Głos mieszał się z tymi obok i z Żylety. Wibrował i spajał. Po którymś razie poczułem się częścią tego śpiewu. Tego klubu. Tej tradycji. Tego miasta.

Warszawa cierpi na tachykardię - jej puls bije inaczej niż każdego z polskich miast. Szybciej. Jedni to lubią, inni tego nie wytrzymują. Warszawy nie lubi ten, kto jej nie rozumie. Nie każdy jednak ją zrozumieć może. Wiele jej związków jest nieudanych. Ktoś nie dopasuje się do jej warunków - rozwód. Ona nie spełni czyichś oczekiwań - rozwód z orzeczeniem o winie.

Nie wyobrażam sobie innego miejsca do mieszkania w Polsce poza nią. Życia bez jej tempa, mimo, że często odbiera oddech. Możliwości, mimo, że kosztują najwięcej.

Mówię o sobie "naturalizowany Warszawiak". Jestem z Warszawy. Jakaś część mnie od zawsze. Reszta od lat. Wrosłem w to miasto. Czuję się w nim dobrze. Mam tak samo jak Ty - Miasto moje, a w nim - Najpiękniejszy mój świat - Najpiękniejsze dni - Zostawiłem tam kolorowe sny (...)
Trwa ładowanie komentarzy...